“The Psychopath’s Guide to Foreign Policy”

  1. Start a war to prevent a war.
  2. Sometimes you have to burn the field so no grass can grow.
  3. Attack is the best form of diplomacy.
  4. If you don’t control people, you’re their slave.
  5. Better to kill the innocent than risk them being guilty tomorrow.
  6. If the enemy doesn’t exist, create one so you have a reason.
  7. If there’s no reason, create an enemy.
  8. If you’re out of ideas, drop a bomb, clarity will follow.
  9. We destroyed their country so they wouldn’t have to suffer poverty in it anymore.
  10. Better to have a bomb and not use it than not have one and regret it, just like an umbrella.
  11. We bombed their schools so the children wouldn’t grow up to be terrorists.
  12. We have no evidence, but we have feelings. And they’re very good feelings.
Featured

Moja piosnka [III]

Pastisz z elementami satyry inspirowany wierszem „Moja piosnka [II]” Cypriana Kamila Norwida

Tekst i opracowanie: Ewa Fornal

Moja piosnka [III]

Do kraju tego, gdzie bochenki chleba
rzuca się z okien na łeb sąsiadom,
bo Glovo z kebabem przybiega
Tęskno mi, Panie.

Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
wstać przed dwunastą, bo poranki nie służą,
a prace nużą…
Tęskno mi, Panie.

Do kraju tego, gdzie tęcza to znak zarazy,
a obca flaga to powód do obrazy
Tęskno mi, Panie.

Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony
składa się wódzie i kiełbasie z Biedrony

Do kraju tego, gdzie wongiel nadal króluje,
a beton Zielony Ład eksmituje.

Do kraju, gdzie wrzask „TRADYCJA!” w modzie,
którą podtrzymuje butelka w komodzie.

Tęskno mi jeszcze i do rzeczy innej
gdzie Netflix w sercu, a w dłoni login
do świadczeń gminnych…
Tęskno mi, Boże.

Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,
do tych, co mają „tak – bo tak”,
„nie – bo nie”,
bez tłumaczenia…
Tęskno mi, Panie…

Do kraju, gdzie jak chłop się uśmiecha do chłopa,
to trzeba mu zaraz dupsko skopać.

Tęskno mi ówdzie, gdzie „Polska to Polska!”
a parka bez dzieci to plan Sorosa.

Tęskno mi jeszcze do tych patriotów,
co na Tik Toku ratują naród z kłopotów.

Do kraju tego, gdzie lud myśli święcie,
że ich partia to wróżka i da im w prezencie
pizzę, Netflix, emeryturę i szczęście.

Featured

BRYLCREEM – A little dab’ll do ya!

Brylcreem (1928) – Ten produkt, wynaleziony w Wielkiej Brytanii przez firmę County Chemicals w Birmingham, był pierwszym kremowym środkiem do stylizacji włosów, który nie tylko nadawał im połysk, ale także oferował lekki efekt utrwalający. Jego formuła oparta była na wosku pszczelim i olejach mineralnych, czyniła go mniej tłustym niż wcześniejsze preparaty. Jego nazwa pochodzi od połączenia dwóch słów: „bryl” (od brylantowego połysku) i „creem” (od francuskiego słowa „crème” – „krem”). Nazwa miała na celu wywołanie skojarzenia z doskonałym blaskiem, jaki pomada miała nadawać włosom.

Brylcreem był szeroko stosowany przez żołnierzy podczas II wojny światowej, a po wojnie jego popularność utrzymała się, zwłaszcza wśród fanów klasycznych fryzur, takich jak pompadour czy slick-back. Był szczególnie ceniony w latach 30., 40. i 50., kiedy mężczyźni używali go do uzyskania błyszczącego i gładkiego wyglądu fryzury. Styl ten stał się znakiem rozpoznawczym młodych buntowników lat 50., którzy układali włosy w słynne fryzury pompadour i ducktail. Nazywano ich “Greasers” – zarówno ze względu na wygląd, jak i na dużą ilość nakładanego produktu.

Natomiast w latach 60. i 70. jego popularność spadła, gdy modne stały się bardziej naturalne fryzury. Wejście The Beatles na początku lat 60. nie tylko odebrało pracę wielu barberom, ale także poszło pod prąd wygłaskanym fryzurom. Dłuższe, luźniejsze stylizacje z grzywką na czoło tzw. mop–top wbiły w kanon i stały w opozycji do schludnych zaczesów z lat 50. Jednak Brylcreem nie zniknął – nadal miał swoją grupę wiernych użytkowników, szczególnie wśród mężczyzn, którzy preferowali klasyczny wygląd i gładki zaczes. Termin „Brylcreem Boy” w latach 60. był właśnie związany z tymi mężczyznami, którzy trzymali się tradycyjnego, eleganckiego stylu, kojarzonego z dawnymi gwiazdami kina, jak James Dean czy Marlon Brando.

Brylcreem vintage advert

W skrócie, mimo zmieniającej się mody, Brylcreem zachował swoje miejsce na rynku, ponieważ część mężczyzn wciąż preferowała schludny wygląd, a pomada była symbolem „dobrego chłopca”.

Na przestrzeni lat Brylcreem był więc używany przez różne grupy osób, niektórzy stawiali na klasykę, inni poddawali się nowym trendom, a byli też tacy, którzy wracali do niego po latach. To pokazuje, jak produkty o silnym charakterze, jak Brylcreem, mogą przetrwać zmiany kulturowe, adaptując się do nowych realiów.

Brylcreem żel – ewolucja produktu.

Zaniedbanie Czy Strategia Wizerunkowa

Niektórzy faceci chociaż mają miliardy na koncie, to wydanie kilkunastu dolarów na dobrego barbera jest poza zasięgiem. Dzisiaj wiele osób publicznych, politycy, celebryci, czy topowi influencerzy starają się odciąć od dopracowanego wizerunku. Poprzez celowe zaniedbanie choćby fryzury, próbują pokazać, że żyją tak jak my i że są “tacy jak my” – bardziej ludzcy, bardziej dostępni. Kreują tym samym wizerunek “człowieka z ludu” chociaż różnią się od nas znacząco. Choćby tym, że posiadają potężne majątki i dostęp do luksusów, które są poza zasięgiem większości; strefy kontaktów, wpływy i dostęp do prac expertów. Prywatne odrzutowce, ekskluzywne eventy, zamknięte kręgi społecznościowe – to rzeczy, z którymi przeciętna osoba się nie styka. Nie martwią się o opłacenie rachunków, kredyty czy codzienne obowiązki. A skoro tak bardzo się od nas różnią to dlaczego nie mieliby się w czymś do nas upodobnić. Ci, którzy osiągnęli pewien poziom bogactwa i wpływów, często manifestują swój status poprzez pozorną nonszalancję – nosząc proste ubrania, unikając ostentacyjnych symboli luksusu i dystansując się od demonstracyjnego przepychu. To subtelna gra wizerunkowa, która sugeruje, że prawdziwa elita nie musi niczego udowadniać. Natomiast, eksponowanie marek i metek, ciągłe udowadnianie jest cechą aspirujących lub nowobogackich, niepewnych jeszcze swojej pozycji.

Jednak z drugiej strony można zauważyć, że elitarność bywa również definiowana przez ekskluzywność i niedostępność. Bratanie się z uboższymi warstwami społecznymi bywa wtedy narzędziem autopromocji, strategią budowania własnej narracji o zaangażowaniu społecznym – choć często jest to jedynie fasada.

DONALD TRUMP. Włosy stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli jego wizerunku. Nadmiar kosmetyków, przypuszczalnie lakier, sprawia, że skorupa, którą nosi na głowie wydaje się tak twarda, że można by zgadywać że zamiast kapelusza ściąga włosy. Jego syn, Donald Trump Jr., ma ten sam dziwny zaczes, co ojciec, ale z lekką modernizacją.

Photo by charlesdeluvio on Unsplash

ELON MUSK. Włosy Muska często wyglądają na zbyt “zbite” i nieruchome, co może być efektem przeszczepu lub słabej stylizacji. Facet wysyła rakiety w kosmos, ale jego włosy wyglądają, jakby zaprojektował je stażysta z Tesli, który zapomniał dokończyć render.

This file is licensed under the Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported license. Attribution: The Royal Society. https://pl.wikipedia.org/wiki/Elon_Musk

Były premier Włoch, zmarły już SILVIO BERLUSCONI, przez lata był krytykowany za swoje przetłuszczone i nienaturalnie czarne włosy, które nie pasowały do jego starszego wieku. W rzeczywistości wielu podejrzewało, że Berlusconi korzystał z farby do włosów, aby ukryć siwiznę.

This file is licensed under the Creative Commons Attribution 2.0 Generic license.

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych liderów technologicznych MARK ZUCKERBERG nosi zbyt płaskie, przyklapnięte włosy, co wynika ze złego cięcia i braku objętości. Być może dla niego samego mniej znaczy więcej: too busy to care about what they wear or what they say. Mimo wszystko sam jego wizerunek z wyjątkiem fryzury wydaje się sztuczny. Nazwałabym to luzem kontrolowanym. 

This file is licensed under the Creative Commons Attribution 2.0 Generic license.

BORIS JOHNSON. Jego chaotyczne, puszące się włosy, wyglądają, jak zwój kurzu i pajęczyn wyjętych spod 19 letniej szafy. To wynik ich struktury, braku odpowiedniego cięcia i stylizacji.  Fryzura Johnsona stała się niemal symbolem jego osobowości: chaotycznej i nieprzewidywalnej. Tutaj fryzura mówi sama za siebie: polityk nie może być traktowany poważnie. Za to może wyrządzać wiele realnych szkód i nie ponosić za to odpwiedzialności, bo przecież był tylko komikiem, grał rolę a jego włosy wirowały w każdą stronę, tak jak i jego poglądy, wskazując kierunek personalnej korzyści.

Photo by Viktor Forgacs on Unsplash

Okazuje się, że brak dbałości to strategia pozyskiwania przychylności poprzez wizerunek. Dzięki kpinom rośnie popularność. Bo nic nie przyciąga uwagi tak jak publicznie wyeksponowane dziwactwo czy niedoskonałość. W końcu śmiech to emocja lubiana też przez algorytmy.  W myśl zasady: jeżeli pokażesz coś dziwnego, algorytmy zrobią za ciebie resztę.

Jak socjologia, ekonomia i moda kształtują współczesne wybory konsumentów

Pewne zjawiska – tak jak wybór fryzury, mogą na pierwszy rzut oka wydawać się trywialne. W rzeczywistości bywają odzwierciedleniem pewnych procesów zachodzących w społeczeństwie.

Współczesne fryzury, które nazywam „fryzurami inflacyjnymi,” nie tylko ukazują zmieniające się podejście do estetyki. Wskazują również na ekonomiczne priorytety i transformację kulturową, jaka zaszła w wyniku pandemii.

Oszczędność jako nowa estetyka

Inflacja wymusiła zmiany w codziennych nawykach – a fryzury nie były tu wyjątkiem. Wybór stylizacji, które nie wymagają częstych wizyt u fryzjera, stał się przejawem ekonomicznego pragmatyzmu. Klasyczne, wygolone na krótko boki typu skin fade, popularne jeszcze kilka lat temu, ustąpiły miejsca fryzurom, które można odświeżać rzadziej.

Dłuższe, bardziej naturalne formy, inspirowane estetyką lat 70, stają się nie tylko modne, ale przede wszystkim praktyczne. Ta zmiana to odpowiedź na rosnące koszty życia, ale też wyraz nowej filozofii: mniej znaczy więcej.

Lockdown jako punkt zwrotny

Pandemia przyniosła lockdowny, które zmusiły ludzi do rezygnacji z regularnych wizyt w salonach fryzjerskich. Wcześniej niewyobrażalne – odpuszczenie kilku zaplanowanych strzyżeń – nagle stało się normą.

Dla wielu okazało się to wręcz wyzwalające. Ludzie zrozumieli, że głowa im nie odpadnie, jeśli pozwolą włosom odpocząć, a ich wygląd może nawet z czasem zyskać na charakterze. Inspiracje postaciami lat 70, takimi jak David Bowie, Mick Jagger, Paul McCartney, Iggy Pop, Suzi Quatro, przyczyniły się do powrotu bardziej swobodnych fryzur. Połączenie nostalgicznego wdzięku z minimalnym wysiłkiem.

David Bowie, shooting his video for Rebel Rebel in AVRO’s TopPop (Dutch television show) in 1974 – Autor: AVRO, CC BY-SA 3.0 NL https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/nl/deed.en, via Wikimedia Commons. Nie wprowadzono zmian.

Warto zaznaczyć, że chociaż Vidal Sassoon zrewolucjonizował fryzjerstwo od lat 50. XX wieku aż po początek XXI wieku, to jego charakterystyczne, geometryczne cięcia zdobyły popularność przede wszystkim w latach 60. Natomiast dekada lat 70. przyniosła zwrot ku tzw. „śmieciowym” fryzurom. Zamiast precyzyjnych, geometrycznych form z poprzedniej dekady, dominowały bardziej swobodne, a często niedbałe stylizacje.

Vidal Sassoon advert 1985 via Jamie.

Wpływ na to miał m.in ruch hippisowski, który promował luźne, nieskrępowane fryzury – długie, rozpuszczone włosy bez wyraźnego kształtu. Z kolei era glam rocka i disco rozpowszechniła zaczesy, takie jak tapirowane loki, mullet czy mocno wycieniowane cięcia inspirowane ikonami tamtych lat. Glam wprowadził coś, co było sprzeczne z surowym, naturalnym wyglądem hipisów – sztuczność, ekstrawagancję i przesadę.

Stylizacja włosów zaczęła opierać się na nowych produktach, takich jak lakiery i żele, co często prowadziło do sztucznego, przerysowanego efektu a także do tworzenia naprawdę szalonych fryzur.

Kreatywność i przesyt rynku

Wracając do współczesności. Nie można zapominać, że zmieniające się trendy to również efekt przesytu rynkowego. Przez lata branża fryzjerska – zwłaszcza barbering – przeżywała dynamiczny rozwój. Rosnące zapotrzebowanie na precyzyjne cięcia stworzyło rynek pełen usług skierowanych do klientów gotowych inwestować w swój wygląd. Jednak w obliczu kryzysu ci sami klienci zaczynają szukać oszczędności.

Jednocześnie lockdown pobudził w wielu osobach kreatywność. Zamknięci w domach, zaczęli eksperymentować z własnym wyglądem. Samodzielne cięcie, farbowanie, a nawet tworzenie stylizacji stały się nowym hobby, które dodatkowo wpłynęło na zmianę percepcji estetyki.

Dzisiejsze fryzury nie muszą już być idealne ani technicznie doskonałe – liczy się indywidualność, ekspresja i swoboda.

Konsekwencje dla branży

Dla salonów fryzjerskich i barber shopów te zmiany oznaczają spore wyzwania. Przesyt rynku, w połączeniu z nowymi nawykami konsumentów, prowadzi do spadku lojalności klientów. Fryzjerzy muszą dostosować się do nowych realiów, oferując usługi, które odpowiadają zarówno na potrzeby praktyczne, jak i na nowe gusta estetyczne.

„Fryzury inflacyjne” to zjawisko, które wykracza poza same wybory konsumenckie – to wynik czasów. W dobie rosnących kosztów życia, pandemii i przesycenia rynku moda staje się odpowiedzią na konkretne potrzeby społeczne i ekonomiczne.

Jednocześnie pokazuje, jak kryzys może prowadzić do większej swobody, kreatywności i redefinicji estetyki.

Featured

Siema Mordeczko! —Jak polska branża barberska ignoruje doświadczenie

Photo by Jean-Guy Nakars on Unsplash

Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego w branży barberskiej w Polsce – która przyjęła chrzest stosunkowo niedawno (boom na barbershopy przypadł na okres po 2015 roku) – panuje takie parcie na młodą załogę. Czy nie powinno być odwrotnie? Czy nie powinno się poszukiwać ludzi, którzy mają jednak jakieś doświadczenie w fachu? Którzy nie trzymają w dłoni nożyczek po raz pierwszy? Przecież samą młodością, energią i entuzjazmem w branży, w której w grę wchodzą ostre narzędzia można co najwyżej obciąć klientowi ucho.

Na całym świecie fryzjerstwem męskim zajmują się profesjonaliści w różnym wieku. Jest to branża zróżnicowana, inkluzywna, związana bardziej z pasją, uporem, praktyką i talentem niż z wiekiem. Bo dobra fryzura nie jest wypadkową braku zmarczek u fryzjera, jego płaskiego brzucha, tatuażu czy odsłoniętego dekoltu. Tatuaż to personalna preferencja. Natomiast brzuch fryzjera stojącego za fotelem nie powinien mu jedynie przeszkadzać w dostępie do głowy klienta. A i barberzy z większym balastem w tych partiach są nieraz w stanie obejść system. To, co się liczy, to kreatywność i lata doświadczenia. A przy tym barber dedykowany branży pomimo lat praktyki nigdy nie kończy nauki. Bo każde kolejne cięcie stawia go krok dalej. Można powiedzieć, że barber jest tak dobry, jak jego ostatnia fryzura. Ta branża to lifetime journey.

Zdarzało się jednak, że będąc częścią grup barberskich na FB, trafiałam przypadkiem na ogłoszenia, w których na rozmowy o pracę zapraszano wyłącznie “młodą kadrę.” Frazy typu: „zatrudnimy młodą osobę” czy „praca w młodym, dynamicznym zespole, i dalej: “rozpatrujemy zgłoszenia osób do dwudziestego piątego roku życia” były na porządku dziennym. Wyglądało to, jakby w Polsce tworzono coś na kształt zastępów Barberjugend, jakby dzisiejsi przedsiębiorcy mieli swoje biznesowe mokre ideologie na temat tego, jak powinien wyglądać barber, w którym momencie powinien zaczynać karierę i jaki powinien być jej przebieg. Gdzie młodość to warunek konieczny, ponieważ łatwiej nad nią zapanować, ukierunkować i zaszczepić lojalność wobec przedsiębiorcy, który jest “miszczem fachu” całe swoje życie, czyli odkąd zamknął warsztat samochodowy, a otworzył barbershop – w skrócie: od 2020 roku.

Te ogłoszenia od początku śmierdziały selekcją i, pomimo że w cywilizowanym świecie byłyby nielegalne, a w najlżejszym wypadku stanowiłyby obciach, tutaj ludzie brali to za normę. Z czasem doszło do mnie, że nie chodzi tu tylko o zwykły “ejdżyzm,” ale o czysty zysk dla pracodawców.

W praktyce młodzi, którym pracodawcy zarzucają miganie się od obowiązków są, wbrew oczekiwaniom żądania przysłowiowych „kokosów,” najgorzej opłacaną grupą. Po pierwsze: brakuje im doświadczenia, by negocjować wyższe stawki. Po drugie: pracodawcy często pozwalają im zdobywać doświadczenie kosztem wynagrodzenia. Po trzecie: zakłada się, że młodzi mają mniej zobowiązań, więc szybciej zgodzą się na niską płacę.

Jednak jak może czuć się klient, który siada w fotelu, a barber jest zagubiony? Gdy nie jest pewien, jakiego użyć narzędzia? Gdy jest nienaturalny w rozmowie? Gdy boi się dotknąć głowy klienta, by ustawić ją pod właściwym kątem. Czy nie jest tak, że klient czuje wtedy, że oddano go w ręce kursanta, a nie profesjonalisty? Czy przyszedł po “fajną zajawkę” czy po konkretną usługę? A skoro tyle za nią płaci, to dlaczego w miejsce pewnej siebie, wytrenowanej załogi zajmują się nim dzieci świeżo po kursie, bo przecież fryzjerstwo męskie to nie rocket science?

Okazuje się, że tu nie chodzi głównie o umiejętności. W wielu miejscach barber ma wyglądać na fachowca ale nie musi nim być. Klienci nie przychodzą tam wyłącznie po fryzurę, ale po całe doświadczenie: luz, dobrą gadkę, muzykę, atmosferę. Dlatego wizerunek barbera bywa traktowany jak część budowanej marki – jak mebel musi pasować do wystroju, a niekoniecznie ma być najlepszy w swoim fachu. Klient ma czuć, że przychodzi do kogoś, kto nie tylko strzyże, ale też pije drip coffee i ma deskorolkę w szafie. Może tym razem wyjedzie na niej z dobrą fryzurą, może z przyciętym uchem, ale jedno jest pewne: będzie miał „luźną atmosferę” i „dynamiczną obsługę.”

Dodam tylko, że jeśli „fajny ziomuś” jest jednocześnie świetnym rzemieślnikiem – super. Gorzej, gdy jest tylko zewnętrznym elementem budowanej marki, a gdy bierze się do roboty okazuje się, że cięcie robi przypadkowa osoba po kilkutygodniowym kursie.

A co, jak już taki młody talent nabierze wprawy? Cóż, zegar tyka. Prędzej czy później skończy mu się okres promocyjny i zacznie kosztować więcej niż kebab na wynos. A to oznacza tylko jedno: pora wymienić go na nowszy model. Zamiast docenić i podnieść wynagrodzenie, zatrudnia się kolejnych młodych, niedoświadczonych, żeby znów płacić im głodowe stawki, kusząc “luźną atmosferą” i “elastycznymi godzinami pracy,” jakby to było ważniejsze niż sama wypłata. Tymczasem ci, którzy zdobyli już doświadczenie, odchodzą, bo minęło te ich pięć minut, które nic im nie przyniosło.

Dla pracodawcy to chwilowy zysk, a dla długotrwałego biznesu – niekoniecznie. Klienci nie czują się pewnie, oglądając wciąż nowe twarze. Sygnalizuje to brak stabilności, a także wskazuje na problemy wewnątrz struktury, które prowadzą do frustracji i odejść pracowników.

Ostatecznie nikt nie odchodzi z miejsca w którym czuje się dobrze i jest doceniany. Ludzie odchodzą, gdy nie widzą szansy na rozwój, gdy zdają sobie sprawę z tego, że zarzucili sieci w niewłaściwe miejsce. I odchodzą już bez względu na wiek. SIEMA MORDERCZKO!

“The Seal’s Longing”

Neither someone who has lived in one place their whole life nor someone who emigrated and anchored themselves elsewhere for good can understand this. When you leave the land where you grew up, not by chance but by choice, after some time, you may find yourself longing not for the sun, warmth, blue skies, or the year-round cozy greenery. People who move from point A to point B because they believe everyone in point A is stuck—weather-wise, mentally, or materially—tend to yearn for a change of scenery. They choose what they see as better: countries with better views, better standards, or a higher hourly rate. From there, they send cheerful postcards back home as if to reassure them they’ve made the right choice.

My longing has nothing to do with returning to better views or standards because what’s better is entirely relative. What’s better is personal, subjective, and changes depending on one’s evolving needs. There’s no point imposing anything on anyone. For example, some people aren’t bothered by smog. Not only don’t they feel it, but they don’t mind running in it. Others like to overindulge in alcohol. Even though their body suffers, they feel it mentally resets them.

But there’s a type of longing where you even miss the wind and the rain, the raw air that lashes at your cheeks, the cliffs, the waves, or even the smell of fish at the market. When you long for a specific kind of wind that might have even had a name when you experienced it, for a specific kind of rain, its frequency, the distinct scent of streets after the rain. When you miss the sun that shines but doesn’t warm you, and you miss it so much that your body feels the physical ache of its absence. That’s when you know this longing stems from the relationship you had with that place, not just the external stimuli.

And that’s usually when you hear from friends, or sometimes even family, that you might as well see a psychiatrist. They look at you, throw up their hands because they can’t understand—how can anyone feel like a seal and miss some kind of weather phenomenon with a questionable reputation thousands of kilometers away? “But how?” they ask. Because it doesn’t fit in their heads.

Instagram Follow me on Instagram

© 2025 Ewa Fornal. All rights reserved.