Siema Mordeczko! —Jak polska branża barberska ignoruje doświadczenie

Photo by Jean-Guy Nakars on Unsplash

Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego w branży barberskiej w Polsce – która przyjęła chrzest stosunkowo niedawno (boom na barbershopy przypadł na okres po 2015 roku) – panuje takie parcie na młodą załogę. Czy nie powinno być odwrotnie? Czy nie powinno się poszukiwać ludzi, którzy mają jednak jakieś doświadczenie w fachu? Którzy nie trzymają w dłoni nożyczek po raz pierwszy? Przecież samą młodością, energią i entuzjazmem w branży, w której w grę wchodzą ostre narzędzia można co najwyżej obciąć klientowi ucho.

Na całym świecie fryzjerstwem męskim zajmują się profesjonaliści w różnym wieku. Jest to branża zróżnicowana, inkluzywna, związana bardziej z pasją, uporem, praktyką i talentem niż z wiekiem. Bo dobra fryzura nie jest wypadkową braku zmarczek u fryzjera, jego płaskiego brzucha, tatuażu czy odsłoniętego dekoltu. Tatuaż to personalna preferencja. Natomiast brzuch fryzjera stojącego za fotelem nie powinien mu jedynie przeszkadzać w dostępie do głowy klienta. A i barberzy z większym balastem w tych partiach są nieraz w stanie obejść system. To, co się liczy, to kreatywność i lata doświadczenia. A przy tym barber dedykowany branży pomimo lat praktyki nigdy nie kończy nauki. Bo każde kolejne cięcie stawia go krok dalej. Można powiedzieć, że barber jest tak dobry, jak jego ostatnia fryzura. Ta branża to lifetime journey.

Zdarzało się jednak, że będąc częścią grup barberskich na FB, trafiałam przypadkiem na ogłoszenia, w których na rozmowy o pracę zapraszano wyłącznie “młodą kadrę.” Frazy typu: „zatrudnimy młodą osobę” czy „praca w młodym, dynamicznym zespole, i dalej: “rozpatrujemy zgłoszenia osób do dwudziestego piątego roku życia” były na porządku dziennym. Wyglądało to, jakby w Polsce tworzono coś na kształt zastępów Barberjugend, jakby dzisiejsi przedsiębiorcy mieli swoje biznesowe mokre ideologie na temat tego, jak powinien wyglądać barber, w którym momencie powinien zaczynać karierę i jaki powinien być jej przebieg. Gdzie młodość to warunek konieczny, ponieważ łatwiej nad nią zapanować, ukierunkować i zaszczepić lojalność wobec przedsiębiorcy, który jest “miszczem fachu” całe swoje życie, czyli odkąd zamknął warsztat samochodowy, a otworzył barbershop – w skrócie: od 2020 roku.

Te ogłoszenia od początku śmierdziały selekcją i, pomimo że w cywilizowanym świecie byłyby nielegalne, a w najlżejszym wypadku stanowiłyby obciach, tutaj ludzie brali to za normę. Z czasem doszło do mnie, że nie chodzi tu tylko o zwykły “ejdżyzm,” ale o czysty zysk dla pracodawców.

W praktyce młodzi, którym pracodawcy zarzucają miganie się od obowiązków są, wbrew oczekiwaniom żądania przysłowiowych „kokosów,” najgorzej opłacaną grupą. Po pierwsze: brakuje im doświadczenia, by negocjować wyższe stawki. Po drugie: pracodawcy często pozwalają im zdobywać doświadczenie kosztem wynagrodzenia. Po trzecie: zakłada się, że młodzi mają mniej zobowiązań, więc szybciej zgodzą się na niską płacę.

Jednak jak może czuć się klient, który siada w fotelu, a barber jest zagubiony? Gdy nie jest pewien, jakiego użyć narzędzia? Gdy jest nienaturalny w rozmowie? Gdy boi się dotknąć głowy klienta, by ustawić ją pod właściwym kątem. Czy nie jest tak, że klient czuje wtedy, że oddano go w ręce kursanta, a nie profesjonalisty? Czy przyszedł po “fajną zajawkę” czy po konkretną usługę? A skoro tyle za nią płaci, to dlaczego w miejsce pewnej siebie, wytrenowanej załogi zajmują się nim dzieci świeżo po kursie, bo przecież fryzjerstwo męskie to nie rocket science?

Okazuje się, że tu nie chodzi głównie o umiejętności. W wielu miejscach barber ma wyglądać na fachowca ale nie musi nim być. Klienci nie przychodzą tam wyłącznie po fryzurę, ale po całe doświadczenie: luz, dobrą gadkę, muzykę, atmosferę. Dlatego wizerunek barbera bywa traktowany jak część budowanej marki – jak mebel musi pasować do wystroju, a niekoniecznie ma być najlepszy w swoim fachu. Klient ma czuć, że przychodzi do kogoś, kto nie tylko strzyże, ale też pije drip coffee i ma deskorolkę w szafie. Może tym razem wyjedzie na niej z dobrą fryzurą, może z przyciętym uchem, ale jedno jest pewne: będzie miał „luźną atmosferę” i „dynamiczną obsługę.”

Dodam tylko, że jeśli „fajny ziomuś” jest jednocześnie świetnym rzemieślnikiem – super. Gorzej, gdy jest tylko zewnętrznym elementem budowanej marki, a gdy bierze się do roboty okazuje się, że cięcie robi przypadkowa osoba po kilkutygodniowym kursie.

A co, jak już taki młody talent nabierze wprawy? Cóż, zegar tyka. Prędzej czy później skończy mu się okres promocyjny i zacznie kosztować więcej niż kebab na wynos. A to oznacza tylko jedno: pora wymienić go na nowszy model. Zamiast docenić i podnieść wynagrodzenie, zatrudnia się kolejnych młodych, niedoświadczonych, żeby znów płacić im głodowe stawki, kusząc “luźną atmosferą” i “elastycznymi godzinami pracy,” jakby to było ważniejsze niż sama wypłata. Tymczasem ci, którzy zdobyli już doświadczenie, odchodzą, bo minęło te ich pięć minut, które nic im nie przyniosło.

Dla pracodawcy to chwilowy zysk, a dla długotrwałego biznesu – niekoniecznie. Klienci nie czują się pewnie, oglądając wciąż nowe twarze. Sygnalizuje to brak stabilności, a także wskazuje na problemy wewnątrz struktury, które prowadzą do frustracji i odejść pracowników.

Ostatecznie nikt nie odchodzi z miejsca w którym czuje się dobrze i jest doceniany. Ludzie odchodzą, gdy nie widzą szansy na rozwój, gdy zdają sobie sprawę z tego, że zarzucili sieci w niewłaściwe miejsce. I odchodzą już bez względu na wiek. SIEMA MORDERCZKO!

Leave a comment